w

Mój mąż ma podejrzenie raka, a ja myślę tylko o forsie

Anonimowe wyznanie

Dzień w którym go poznałam był dla mnie dniem jak ze snu. Ja, samotna studiująca matka. Jednocześnie kobieta z zaleczonym sercem po poprzednim związku- znalazłam kogoś, kto pokochał nas obydwie.

Czy spodziewałam się, że ten dzień kiedykolwiek nastąpi? nie wiem. Nie szukałam miłości. Żyłam życiem swoim i córki. Drugim dniem jak ze snu było narodzenie naszego syna. Do dziś jest to dla mnie takie nierealne. Nie spodziewałam się, że będę mieć po tym wszystkim rodzinę a na dodatek wymarzoną parkę. Kochałam i kocham całym sercem całą moją rodzinę, choć młode macierzyństwo nie miało nigdy miejsca w sferze moich marzeń i celów.

Od czasów nastoletnich mieszkałam sama. Przez długi czas wynajmowaliśmy mieszkanie, ja spełniłam się poprzez zrobienie wymarzonych studiów. Dla nas ważny jest również rozwój nas – ludzi jako jednostek, nawet kosztem chwilowych nieobecności. Wreszcie nadszedł czas na spełnienie marzeń męża- otworzył firmę, która była jego dzieckiem.

Od początku miałam jakieś złe przeczucia, czułam, że to nie jest dobry czas na spełnienie tego marzenia. Mąż nie słuchał, a szkoda, bo moja intuicja się nie myli. Nie raz jej nie posłuchałam i źle na tym wyszłam.

Pierwsze pół roku działalności, to jak wiadomo zapierdziel. Niski ZUS, także nawet chorym idzie się do pracy. Mąż na dzień dobry dostał bardzo dobre zlecenie, na prawie 30 tys. złotych w kilka miesięcy. Musiał się jednak do niego dobrze przygotować, kupić busa i niezbędnie narzędzia- zrobił to na kredyt, który miał zostać spłacony od razu po zakończeniu zlecenia. Nie dostał dofinansowania z UP, a czekanie pół roku na kolejny nabór ze statusem bezrobotnego było nierealne.

Niestety, nie zarobił tyle. Nie będę szczegółowo opisywać. Ale w 100% wiem, że nie z winy męża. Zleceniodawcy zerwali z nim umowę po zrobieniu „czarnej”, mało płatnej roboty. Nie złamali prawa, ale mimo wszystko czuł się oszukany. Po odjęciu paliwa, opłaceniu dwóch pomocników, nie zostało mu praktycznie nic. Nie zostało na raty, na nic. Wziął więc kolejny kredyt na zasadzie „jakoś to będzie”. Ciągle byliśmy w tym razem, wierzyliśmy, że się odkujemy. Pracowaliśmy bardzo dużo. Było biednie, ale razem.

Gwoździem do trumny okazała się choroba męża. Bardzo go bolało. Szczegółowa diagnostyka w szpitalu, operacja, hist-pat i kolejna interpretacja wycinków, na którą czekamy. Modlę się, by to nie był rak. Czas oczekiwania na to wszystko, od diagnozy po operację aż do hist-pat’u: ok. 3 miesięcy- Polska… Brak możliwości pracowania w tym czasie. Zawieszenie działalności, stracone marzenia, długi. To wszystko brzmi jak zły sen. Ta cała stabilizacja, moja miłość , mój kochany człowiek może być tak bardzo chory. Tata naszych dzieci. Dopiero co los postawił go na mojej drodze, a teraz chce mi go odebrać? nie wierzę, że to się może tak skończyć. Nie wierzę, że jedna osoba, czyli ja, może przyjąć w swoim życiu aż taką dawkę cierpienia.

Dziś mąż dostał info, że windykator stara się z nim skontaktować. Drugi. Boje się. Cholernie się boję, że zapuka do nas komornik. Spłacamy małe sumy, ale mam wrażenie, że to są krople w morzu tego wszystkiego. Jestem gotowa na rozłąkę, byleby jak najszybciej to spłacić. Zacząć od nowa po raz kolejny.

Mimo wszystko mam żal do męża, że nie zabezpieczył nas…..

Trudne jest również życie z pacjentem onkologicznym. Wiem, że już zawsze będę zmagać się ze strachem, że jakikolwiek ból czy gorączka oznacza wznowę. Kolejną operację, kolejne długie dni w szpitalu i puste łóżko w domu. Czekanie z nadzieją na wyniki a w myślach powtarzające się słowa „tylko nie rak, tylko nie to”.

Z drugiej strony, to mam żal do siebie, że ciągle myślę o tych długach, bardziej niż o chorobie męża.

Wiem, że powinnam być teraz silna, ale tak naprawdę jestem bardzo słaba.

Podobał ci się tekst?

2 liczba punktów
Łapka w górę Łapka w dół

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.